Blog,  Bośnia i Hercegowina,  Sport

Finał Mistrzostw Świata w Mostarze

Mostar widziany z góry / fot. Damian Karaszewski 2018

2018 rok. Finał Mistrzostw Świata w piłce nożnej. Chorwacja w finale. Mostar. Od wojny miasto pozostaje podzielone na nieoficjalną zachodnią część chorwacką i wschodnią bośniacką. Widać to nawet podczas meczu.

Po chorwackiej stronie ulice pełne chorwackich flag i ludzi kłębiących się w nieprzebranych knajpach i barach. Policjanci postawili radiowóz na środku skrzyżowania i poszli na kawę i papierosa do najbliższej kafany. Każda kafana zapełniona po brzegi, między nimi – puste ulice, puste chodniki, od czasu do czasu ktoś wystrzeli petardę. Na jednej ulicy tłum biało-czerwonych kibiców stojących pod telebimem transmitującym finał.

Po bośniackiej stronie jest trochę inaczej. Tu nie słychać meczu. Tu słychać pielgrzymów, bo akurat Mostar po drodze do Medziugorie. Słychać po polsku licytujących się „ile za ten dywan” lub „czemu te gałki lodów takie małe”, na co sprzedawca poznawszy już wcześniej nieco polskiego, z czymś na skraju oburzenia i rozbawienia dorzuca kilka dla świętego spokoju.

W jednej z kawiarni siedzi łysy pan z tatuażami cieszący się z bramek Chorwacji. Może weteran HVO, jakich w tym mieście wielu, a może i nie. Sam przecież selekcjoner Chorwacji walczył kiedyś w Mostarze, choć nie jako dobrovoljec, ale w drużynie piłkarskiej. Palił papierosa za papierosem. Tu palić można wszędzie i ludzie z tego przywileju chętnie korzystają.

Za nim siedział nieco tęższy pan z twarzą permanentnie nabiegniętą krwią, od nadciśnienia zapewne. A ciśnienie skakało mu jeszcze bardziej. Do tego stopnia, że lubił sobie krzyknąć nagle „jebem ustaše!”. Gdy akurat obok przechodziła jakaś pani, zapytał ją, czemu nie ogląda meczu. Odpowiedziała, że się nie zna, ale czy grają tam jacyś muzułmanie. Ten na to, że „muslimani su u haremu”.

Być może był to nieliczny z pozostałych tu jeszcze Serbów. Jego nastrój wyczuł inny pan, który widząc jego podejście nieco jakby złośliwie usiadł obok niego i patrząc się mu w oczy krzyczał „Hrvatska! Hrvatska!” śmiejąc się przy tym dość głośno. Serb stał się jeszcze czerwieńszy, ale nie chcąc opuścić meczu musiał to jakoś przełknąć.

Dość kuriozalne są te niektóre sytuacje, niektóre dość nawet urocze, ale mimo całego piękna Hercegowiny przykro oglądać miasto tak głęboko podzielone i zranione wojną, nacjonalizmem i wzajemną niechęcią. Na każdym kroku widać ruiny budynków zburzonych podczas jednego lub drugiego oblężenia i nie ma miejsca bez śladów kul. Jeszcze bardziej przykre, że to nie są rany jednego tylko miasta, ale całej Bośni i Bałkanów w ogóle.

JMoże kiedyś będzie lepiej. Jeden z Boszniaków powiedział nam: „gdy miałem siedemnaście lat zostałem postrzelony dwukrotnie. Nie wiem przez kogo. Może nawet mijam go codziennie na ulicy. Nie dbam o to. Nie winię nikogo. Wszyscy mieli wyprane mózgi.”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.